Select Page

Gruntu nie było… POMSOR na Bobek Trophy

Gruntu nie było… POMSOR na Bobek Trophy

Nasi przyjaciele z Pomorskiego Stowarzyszenia Off-Road,w tegoroczny majowy weekend uczestniczyli w reaktywowanej po latach imprezie przeprawowej na Pomorzu – Bobek Trophy.

Zobaczcie jak Andrzej Bruski – szef grupy rajdowej skupionej wokół POMSOR zapamiętał rajd:

„Odkąd skończyła się poprzednia edycja rajdu Magam Trophy w 2012 roku nieustannie myślałem już o kolejnej. Byliśmy już na wielu rajdach przeprawowych większej i mniejszej rangi w poszukiwaniu podobnego klimatu ale z żalem stwierdzam, że nie udało nam się do tej pory znaleźć imprezy równie dobrze przygotowanej jak w naszym rodzinnym Miastku. Odkąd ruszyły zapisy na listę startową rajdu Magam Trophy 2013 dzień startu śnił mi się po nocach. Nie wydanie zezwoleń na zorganizowanie tego rajdu i tym samym odwołanie 13 edycji spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Do tej pory nie potrafię się z tym pogodzić. Weekend majowy był już zaplanowany od roku i to nie tylko przeze mnie i moją rodzinę ale również przez setkę zawodników i  pewnie kilka setek kibiców.

Niestety – Nasze  plany legły w gruzach, lecz pojawiła się iskierka nadziei. W tym samym czasie (weekend majowy) pojawiła się w kalendarzu  inna impreza o nazwie Bobek Trophy. Baza rajdu znajduje się w pod Koszalińskich Bobolicach a trasę miał układać Kamil Podolak- człowiek, który od 2009 roku układał trasy na rajdzie Magam Trophy. Ta informacja zaważyła o prawdopodobnym sukcesie rajdu w związku z tym lista startowa w ekspresowym tempie zapełniła się zawodnikami. Kamil był najważniejszą wizytówką tego rajdu i mimo, że trasa miała wieść tylko po terenach prywatnych to każdy miał nadzieję, że będzie to odpowiedni rajd „na otarcie łez”.

Przyjechaliśmy w dniu rajdu do miejscowości Gozd. Znajdował się tam Kamp. Okazało się, że stacjonujemy na terenie prywatnym Kamila i jego życzliwego taty. Jakże miło było zobaczyć ludzi ubranych w „Magamowe” koszulki i polary. Byłem zdumiony widząc tyle ludzi i tyle załóg. Chwile po naszym przyjeździe odbyła się odprawa dla zawodników. Bardzo konkretnie i rzeczowo dowiedzieliśmy się o zasadach: „Odcinki specjalne nie były sprawdzane i nie wiadomo jakie są głębokie więc nie wiadomo czy są w ogóle przejezdne. Każdy OS jest ograniczony taśmami z lewej i prawej strony lecz nikt nie sprawdzał co jest pomiędzy nimi” To inaczej niż na Magamie- pomyślałem- ale ważne jest  żeby każdy miał takie same szanse. Wszak o to chodzi na imprezach sportowych.

Chwile po odprawie wystartowaliśmy. Cała trasa pierwszego etapu przypominała pętle, a start i meta znajdowały się na Kampie. Zawodnicy startowali ze wspólnego miejsca ale na trasę wjeżdżali w innych miejscach pętli aby uniknąć korków na trasie. My wylosowaliśmy start piąty więc wjechaliśmy na trasę rajdu po ominięciu czterech odcinków specjalnych. Niestety w nasze notatki nawigacyjne wdarł się błąd, dlatego błądziliśmy chyba z 40 minut zanim wjechaliśmy na pętlę w odpowiednim miejscu. W końcu dotarliśmy do pierwszej przeprawy a był nią odcinek specjalny, który zaczynał się na pozór niezbyt straszną wodą. Ponieważ na drodze dojazdowej udało się nam wyprzedzić 2 załogi nie mieliśmy ani chwili do stracenia. Bez wahania wybraliśmy kierunek i w drogę, a raczej w wodę. No i pięknie. W bagienku samochód się przechylił, dach poszedł pod wodę i oczywiście auto zgasło..

Byliśmy pierwszą załogą , która tu przyjechała więc widownia była zachwycona. Po chwili dojechali zawodnicy, których wyprzedziliśmy na dojazdówce więc poprosiliśmy ich o pomoc. Chłopaki wyciągnęli nas z powrotem na brzeg i przystąpiliśmy do reanimacji sprzętu. Na całe szczęście woda z olejem się nie wymieszała więc po odkręceniu korków spustowych spuszczaliśmy wodę aż do momentu kiedy nie pojawił się czysty olej. Kolektor dolotowy też był pełen wody. Trzeba było wykręcić świece i przedmuchać silnik. Po około 30 minutach samochód był już gotowy do dalszej drogi. Co ciekawe załoga, która nam pomogła w dalszym ciągu była w zasięgu wzroku. Ruszyliśmy i dzięki sprytowi mojego pilota Tomka Dargacza wyprzedziliśmy wszystkich więc w dalszym ciągu byliśmy pierwsi. Następny OS nie był łatwy ale przejechaliśmy go bez większych problemów.  Trzeci OS to stare zarośnięte jezioro. Do połowy udało się cudem dojechać po kożuchu,  który uginał się pod stopami. Niestety przerwaliśmy kożuch i wpadliśmy pod niego. W ruch ruszyła maczeta. Wycinaliśmy kawałek po kawałku i odrzucaliśmy mech z drogi. Po kilkunastu minutach udało się usunąć z drogi samochodu myślę, że były to ze 2 tony mchu. W między czasie bokiem wyprzedziła nas znajoma już załoga, która pomogła nam na pierwszym OSie. Jak się potem okazało ich pojazd waży 700 kilogramów mniej niż nasz- stąd różnica w pokonywaniu takich terenów. Uwolniliśmy nasz samochód z opresji i, wjechaliśmy z powrotem na kożuch ale to nie był koniec. Po kilkudziesięciu metrach kożuch się kończył i trzeba było się przeprawić około 50 metrów przez jezioro. Koledzy, którzy nas wyprzedzili cały czas tkwili na tym odcinku. Ich samochód wystawał z wody tylko kilka centymetrów( zdjęcie). Wszedłem do wody żeby sprawdzić jej głębokość. Gruntu nie było. Nie trudno się domyślić, że i my tam utonęliśmy a ja się opiłem wody podczas nurkowania samochodem . Tym razem jednak wyciągneliśmy się sami za pomocą elektrycznej wyciągarki. Oczywiście musieliśmy jeszcze raz pozbyć się wody z silnika i gaz do dechy. Znowu wyprzedziliśmy konkurencje. Kolejne próby przejazdu były w granicach rozsądku. Jeden odcinek specjalny po drodze ominęliśmy, ponieważ poszliśmy na pieszo go obejrzeć i jestem pewien, że nikt go nie przejechał. Było tak głęboko i daleko do drugiego brzegu, że to nawet nas przerastało. To nie był koniec. Jeździliśmy tak 10 godzin aż dojechaliśmy do mety. Byliśmy zmęczeni ale zadowoleni, ponieważ większość pieczątek zbieraliśmy jako pierwsi co oznaczało, że nikt przed nami nie jedzie.

Samochód załadowaliśmy na lawetę i wróciliśmy do Miastka. Plan był jeden. Wlot powietrza do silnika trzeba było wyprowadzić kilkanaście centymetrów powyżej wysokości dachu. Poszliśmy spać około 2 w nocy. Następnego dnia rano o 7 pobudka i wracamy na lawecie do Bobolic. Tam stratujemy i gaz do dechy. W końcu było kilka technicznych prób gdzie znowu wyłoniliśmy się na prowadzenie i nagle buum!!! Wychodzimy z samochodu i wszystko jasne. Nie mamy już skrzyni redukcyjnej. I po zawodach. Zapasową skrzynię mamy ale w domu. Na szczęście jeden z Nas,  był na miejscu u mnie w domu , poprosiłem go żeby  przywiózł Nam   części. Niestety straciliśmy 6 godzin na wymianę reduktora. Mimo, że wjechaliśmy na trasę i staraliśmy się  jechać bezbłędnie to nie mieliśmy szans nadrobić takiej straty. Ostatecznie zajęliśmy 7 miejsce w klasyfikacji generalnej. Jednak przeżyliśmy kolejną przygodę, którą będziemy pamiętać bardzo długo. Jedno jest pewne. Nowe zawieszenie, które zakupiliśmy z dotacji z Urzędu Gminy Miastko przerosło moje oczekiwania. Nie spodziewałem się nawet, że będzie taka wielka różnica. Jest to udany zakup, dzięki któremu możemy jechać zdecydowanie szybciej. Dziękujemy”

Więcej o teamie, przeczytać można na http://pomsor.com.pl/

Nasz Patronat

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress