Select Page

Advertisement

Kałmucja Dagestan Czeczenia Osetia Północna – mega relacja

Kałmucja Dagestan Czeczenia Osetia Północna – mega relacja

Ta podroż zaczęła się dość pechowo. Wyjechałem motocyklem na początku czerwca, ale dojechałem jedynie do Kijowa. Dopiero co remontowany silnik nie wytrzymał napięcia i trzeba było wracać. Więc wyruszyłem ponownie na początku lipca. Tym razem samochodem z Iwoną i jeszcze trzema kompanami, również samochodami. Czwarty mimo dużego zdeterminowania nie mógł dołączyć. Za to łączył się z nami telefonicznie, w nadziei, że jeszcze nas dogoni gdzieś w Kałmucji.

No właśnie to podróż do Kałmucji, Dagestanu, Czeczeni i Osetii Północnej. Ogarnięte dotychczas wojną republiki rosyjskie otworzyły się na turystów zagranicznych dopiero niedawno i to po raz pierwszy od czasów rewolucji Lenina. Jednakże mimo wysiłków Putina, skierowanych na unowocześnienie i rozwinięcie przemysłu turystycznego w tych rejonach, aby zaktywizować gospodarkę i wygładzić nieco obraz zadziornych górali, są to jednak zupełnie niemodne kierunki do podróżowania. Przewodniki Lonely Planet, niektóre strony internetowe skierowane do podróżujących odbiorców, a nawet agendy MSZ, ostrzegają przed wybieraniem Czeczeni i Dagestanu jako celu wycieczek. Od czasów rozpadu ZSRR nie zdarzyło się ani jedno porwanie turysty na tych terenach, za to w takich Indiach, Pakistanie, Nepalu, czy Egipcie, porwania zdarzają się przynajmniej raz na rok. Ale obraz wojujących Czeczenów i bojówek zapędzających się w Kaukaz dagestański, jakie widywaliśmy w TV, zapadł wszystkim głęboko w pamięć i pozostanie tam jeszcze długo. Szufladkowanie jest naturalnym sposobem na poznawanie świata. Ułatwia nam zapamiętywanie. Ale świat nie stoi w miejscu, i zwykle jest zupełnie inny niż obraz jaki do nas dociera z rządnych sensacji mediów.

Dlatego postanowiliśmy odważnie podejść do tematu i pojechać na podbój stepów Kałmucji i północnego pogórza Kaukazu. Nie jesteśmy pierwsi. Od dwóch lat pojawiają się tu turyści, nie tylko z Polski i nie tylko w samochodach.

Przez Ukrainę jedynie pędziliśmy po autostradzie do Kijowa i potem głównymi i dziurawymi drogami do Charkowa i dalej do Lugańska. Przespaliśmy dwie noce w krzakach, jak najdalej od hałaśliwej drogi. Ukraina to osobny temat do opowieści. Nie odwiedzałem jej od sześciu lat. Ukraińscy policjanci skutecznie mnie do tego zniechęcili. Ale świat się zmienia. Drogi się tu poprawiły, a policjanci już nie są tak napastliwi i pazerni. Mimo to nadal nie pałam sympatią do tego kraju i traktuję go jedynie tranzytowo, wtedy kiedy muszę.

Rosyjska biurokracja i gościnność spotkała nas już na granicy. Nie piszę o niej pejoratywnie. Wręcz przeciwnie. Spotkanie z marsowymi minami ukraińskich celników, nonszalancją, a wręcz lekceważeniem nastroiło nas wojowniczo do urzędników państwowych. Jakież było nasze zdziwienie kiedy Rosjanie przyjęli nas z uśmiechem, grzecznie, profesjonalnie. Mimo, że wypełnianie papierków trwało długo, to aktywne wsparcie ze strony celników skróciło czas jaki spędziliśmy na przejściu. Ukraina mimo, że bliżej Europy, jednak wolniej się rozwija od Rosji. Kompleksy z czasów komuny nadal gnębią urzędników i nie wygląda na to, aby miało się to szybko zmienić.

Czwarty dzień podróży ponownie spędziliśmy w całości w samochodach. Goniliśmy czas i liczyliśmy kilometry jakie nam zostały do Wołgogradu. Dawny Stalingrad rozbudował się w wielkie miasto, ciągnące się kilometrami wzdłuż zachodniego brzegu Wołgi. Nie spędziliśmy tu wiele czasu. Odwiedziliśmy jedynie pomnik Matki Rosji. Wielki na ponad 70 metrów, przypomina Statuę Wolności z Nowego Jorku. Góruje nad miastem i przypomina o wielkomocarstwowości i imperialnym charakterze tego kraju. Już po zmroku przebijaliśmy się główną przez Wołgograd na południe, aby wyjechawszy z miasta szukać po ciemku miejsca na nocleg, na stepie. Okazało się to nie takie proste, bo przedmieścia obfitują w dzikie składowiska śmieci, przetykane rozlewiskami i bagniskami. W końcu jednak znaleźliśmy zaciszny zakątek, dalej od huczącej od TIRów drogi. Zaparkowaliśmy samochody pod rozgwieżdżonym niebem zbyt późno, aby następnego dnia powitać ranek zapałem do dalszej podróży. Słońce jednak zmusiło nas do wyjechania na główną M4, zmierzającą do Elisty, stolicy Kałmucji.

Kałmucy to ciekawy naród. Są jedyną w Europie społecznością buddyjską, na dodatek zamieszkują półpustynny step. W dziedzinie martyrologii przebiliby nawet takich specjalistów jak Polacy. Przyszli do Europy w XVII wieku prostu z północno-zachodniej Mongolii. Byli pierwszym plemieniem, które zbuntowało się przeciw władzy wielkich chanów z dynastii zapoczątkowanej przez Temudżina. Przejęli buddyzm tybetański i postanowili więcej nie uczestniczyć w wyprawach wojennych. Ojraci od dawna stanowili kulturalny trzon pośród grup etnicznych budujących wielką Mongolię. Słynęli z zaawansowanego rzemiosła, a nawet utworów literackich. Język przejęli w prostej linii od Ujgurów. Jednak będąc poddanymi rosyjskiego cara zaczęli zapisywać go cyrylicą. Wiek później ucisk rosyjskiej ręki zaczął im ciążyć już za bardzo i postanowili w prawie 300-ta tysięcznej grupie wrócić do Mongolii. Powrót okazał się trudny, do ojczyzny wróciło jedynie kilkanaście tysięcy ludzi, reszta poległa po drodze. Ci którzy pozostali zostali nazwani przez tureckich handlarzy, jedynych pielgrzymów przemierzających te krainy, Kałmukami, co w ich języku oznacza „ostatek”, „to co pozostało”. Czas komunistyczny okazał się również nieprzyjazny dla Ojratów. Stalin zsyłał ich na Syberię i na siłę rusyfikował, zamykał w kołchozy, zmieniał tradycyjną, koczowniczą naturę na styl życia socjalistyczny. Dopiero po rozpadzie ZSRR Kałmucja zaczęła oddychać pełną piersią. Odkryto na tych terenach gaz ziemny, ropę i węgiel. Republika ma jedynie niespełna 300 tysięcy mieszkańców, z czego jedna trzecia mieszka w stolicy. Ale żyje im się dość dobrze. Sama Elista, dzięki swemu burmistrzowi stała się na pewien czas miejscem międzynarodowej olimpiady szachowej, a szachy narodowym sportem. Buddyzm rozwija się teraz bez ograniczeń, stolicę odwiedza czasami Dalajlama z Tybetu. Mówi się nawet o zaimportowaniu potomków Ojratów z dzisiejszych Chin, którzy mieszkają tam od czasów wielkiej ucieczki na Wschód.

Elista okazała się całkiem przyjaznym i miłym miastem. Trudno opisać gościnność Kałmuków. Cieszą się na widok każdego turysty jak dzieci. Zaparkowaliśmy samochody w centrum i obeszliśmy kilka zaułków na piechotę. Miasteczko bardzo przypominało nam Mongolię i trochę Tuwę. Twarze skośnookie tylko z rzadka były przetykane białymi. Mimo, że mieszka tu kilkadziesiąt tysięcy ludzi, miasto ma charakter wiejski. Jedynie przy głównej ulicy można znaleźć większe budynki, reszta to domki jednorodzinne ogrodzone wysokimi, drewnianymi plotami. Czułem się tu na tyle dobrze, że szkoda mi było wyjeżdżać, ale czas nas gonił.
Pojechaliśmy w interior, na południe, ku rozlewiskom rzeki Manycz. Z początku prowadził nas asfalt, który na zdjęciach satelitarnych, z których wyznaczałem trasę naszej marszruty, wyglądał jak szutrówka. Potem asfalt się skończył i zatrzymaliśmy się w maleńkiej wiosce Homutnikow. Tam znaleźliśmy cień, a to trudna sztuka na stepie. Nie jest on tak plaski jak w Kazachstanie, ale lekko pofalowany. Kiedyś próbowano go uprawiać, ale skończyło się na wielkich projektach hydrologicznych. Miano nawadniać suche przestrzenie, ale nie wzięto pod uwagę krótkich, gorących lat i długich, srogich zim. Chruszczow domagał się wyników na silę.

W Homutnikowie życie płynie innym tempem. Na pozór domy wyglądają na wymarłe. Ale życie się tu tli małym płomieniem. W końcu nawet ktoś się odważa, aby do nas podejść i zapytać skąd się tu wzięliśmy. Łakniemy innego folkloru i dajemy go innym. Dalej musieliśmy podróżować w kurzawie wydobywającej się spod kół samochodów. Dziurawe, polne drogi zastygły suszą w fantazyjne kształty błotnych kolein. Pewnie każdej wiosny przejazd tędy to zadanie dla wytrwałych off-roadzistów.

Ani się spostrzegliśmy, gdy przejechaliśmy do następnego województwa – Kraju Stawropolskiego. Podążaliśmy w kierunku Morza Kaspijskiego, jadąc wzdłuż szerokiego kanału nawadniającego. Jedynie wzdłuż jego brzegów można było spotkać drzewa, a wysoka trawa zasilana przesiąkającą wodą, była siedliskiem wielu ptaków. Na noc zatrzymaliśmy się właśnie pośród takich rozlewisk. Małe drzewka dawały cień od zachodzącego słońca, a jeziorko zmiękczało suche powietrze. Wieczorem odwiedził nas gospodarz, który pasie w okolicy stada krów. Przestrzegał nas przed nocowaniem na dziko w Dagestanie, gdzie młodzi ludzie pozbawieni pracy i perspektyw łatwo lgną do fundamentalnych frakcji islamskich – wahabitów. Podkręcają im tam dodatkowo emocje i kierują młodzieńczy zapal, nie studzony wódką, ani seksem, przeciw innowiercom. Ano zobaczymy już jutro jak tam jest.

Rano obudziło nas ponownie gorące słońce. Pojechaliśmy asfaltową drogą do Neftjekamska. Ta okolica opanowana jest przez poszukiwaczy ropy naftowej. Miasto wygląda na bogate i całkiem nowoczesne. Zatrzymaliśmy się w centrum, aby naprawić mocowania amortyzatorów w Defenderze Borysa. Mechanicy zajęli się nim troskliwie, dorabiając gumy na poczekaniu.
Twarze tutejszych ludzi nie przypominają ani europejskich ani azjatyckich. Najbliżej im do Ormian, ale tylko z wyglądu. Ciemna karnacja, owalne rysy, przysadzista sylwetka, błędne, wilgotne, głęboko osadzone oczy, spokojne ruchy i przyjazne nastawienie. Niewielu tu białych Słowian, ale za to można spotkać białe lica przypominające rysami arabów, z małymi oczkami i niskim czołem.

Tutejsi ludzie nie dziwią się naszym widokiem. Czasami zdarzają się tutaj turyści. Parę dni temu przejeżdżali tędy motocykliści z Polski, a w zeszłym roku Niemcy samochodami. Tutejsi powoli zaczynają łapać ideę turystyki.
Z Neftjekumska, przez który płynie rzeczka Kuma, wyruszyliśmy na podbój piasków stepu. Tylko dzięki skalibrowanym do GPSa zdjęciom satelitarnym udawało się nam przez parę godzin wyszukiwać drogi pośród zarośniętych trawą wydm. Mieliśmy do przejechania prawie sto kilometrów przez interior. Trochę na siłę skracaliśmy sobie drogę przez step, skoro dookoła biegły dwie drogi asfaltowe. Ale z powodu tej fanaberii mogliśmy poznać życie pasterzy bydła, którzy prowadzą upadłe kołchozy, w zupełnym pustkowiu. Tylko dzięki takim rozsianym z rzadka farmom istnieją tu jakieś wyjeżdżone w piachu ścieżki. Na mapach wojskowych z lat siedemdziesiątych nie ma tu nic poza zaznaczonymi wydmami. Czyli farmy hodowlane dla krów i owiec musiały powstać w latach osiemdziesiątych. Wtedy też wiercono tu studnie aby wydobywać wodę dla zwierząt. Zapewne fermy nie należą do ludzi tu pracujących, ale do bogaczy z wielkich miast. Kilka razy zatrzymywaliśmy się, aby zasięgnąć języka i zapytać o drogę farmerów. Spodziewałem się spotkać tu ciemnych pasterzy, ale grubo się pomyliłem. Ludzie władali czystym rosyjskim, nie byli zapijaczeni, ani tym bardziej ciemni. Dysponowali gościnnymi manierami, dystansem swoistym ludziom kulturalnym i radością życia mieszkańców ogarniętych zewsząd dziką przyrodą. Nawet droga nas zaskoczyła jakością. Jazda po piasku przypominała komfortem jazdę po asfalcie, nie było tu dziur, ale dwie wstęgi wyjeżdżone kołami samochodów wyginały się we wszystkich kierunkach jak tory na rollercoasterze. Wydm zbyt wiele nie znaleźliśmy, ale i tak krajobraz był wart zobaczenia.

W końcu wydostaliśmy się do cywilizacji, na dziurawy asfalt i zmierzaliśmy na południowy-wschód, w stronę Morza Kaspijskiego. Chcieliśmy za wszelką cenę stanąć noclegiem na plaży. Pomocni policjanci na rogatkach małych miasteczek, skierowali nas na piaszczyste plaże wokół miasteczka Sulak. Mieliśmy inne zamiary, ale uwierzyliśmy podpowiedziom. Nie udało się znaleźć wymarzonej plaży, z czystym piaskiem i drzewami dającymi cień. Zatrzymaliśmy się pośród traw oraz pokręconych wiatrem i słońcem, niskich drzew. Bardziej to przypominało afrykańską sawannę. Jutro będziemy szukać lepszej plaży na kąpiele w morzu.
Cięgle przypominamy sobie, że jeździmy po jednym kraju – Rosji. Znamy ją z tajgi syberyjskiej i azjatyckich republik ludów żółtych. Znamy trudnodostępną północ oraz słowiańskie tereny wokół Moskwy i Petersburga. Ale Rosja to kraj o niezliczonej ilości twarzy. Dziś poznajemy islamski Dagestan, wczoraj buddyjską Kałmucję, a jutro Kaukaz. Czyż to nie piękne, że z jedną wizą można zwiedzać tak różnorodne krainy. Z drugiej strony, jak trudno zarządzać tak różnorodnym kulturalnie i obyczajowo krajem. Z perspektywy Polski nie znamy tej różnorodności nacji, kultur, religii i przyrody, jaką reprezentuje Rosja. Chcemy wiedzieć o niej tylko to, co nam łatwo przełknąć.

Szukanie lepszej plaży nie do końca się powiodło. Najpierw przejechaliśmy zapyziały Sulak. Miasteczko, które mogłoby być książkowym przykładem tego, co o Dagestanie myślą Europejczycy. Brudne, z dziurawą drogą, zakurzone, obmurowane wysokimi płotami domostwa wyglądają jak zamki, które muszą się bronić przed rzeczywistością ciemnej ulicy, aby przetrwać. Poobijane samochody wyglądają na porzucone przy drodze. A plac centralny to przystanek dla busów zdarzających do stolicy i przyczółek sklepików wypełnionych chińską tandetą. Mieszkańcy wyglądają nie lepiej. Chmurne i butne spojrzenia jak ulał pasują do wyznawców islamu. Duże głowy z bujnymi czuprynami, wciśnięte na krótkich szyjach w barczyste ramiona. Kobiety zakutane w kolorowe burki po czubek nosa.

Za nic mając czujne i ciekawe spojrzenia tubylców, przedefilowaliśmy przez cały Sulak. Nadmorskie miasteczko rybaków. Za ostatnim domem, skręciliśmy w wydmy porośnięte z rzadka krzakami. Jadąc tak przez piaski wyjechaliśmy z powrotem na główną do Machaczkali, czyli stolicy. Dopiero tuż przed przedmieściami wielkiego miasta, znaleźliśmy dziką plażę pomiędzy kurortami i restauracjami. Można zaparkować samochody blisko wody i pływać w płytkiej, spokojnej wodzie, przed piaszczystą i lekko zaśmieconą plażą. W lipcu woda była dość zimna.
O przyjeździe do Machaczkali marzyłem już od wielu lat. Zawsze jednak ten zakątek świata wydawał mi się zamknięty na turystykę i rzeczywiście długo tak było. Dziś stolica Dagestanu przypomina blichtrem bogate miasta rosyjskiej północy. Ulice w centrum aż kapią od petrorubli, a sądząc po luksusowych samochodach wypełniających ulice po brzegi, mieszkańcom w większości wiedzie się dobrze. Machaczkala zupełnie przeczy obrazkowi miasta dagestańskiego, jakie roi się nam, Europejczykom, w głowach i jakie pasowałoby do obrazu Sulaka. Jest nowoczesna, czysta, zadbana i prężnie się rozwija, jak sądzić po wielkich budowach. Mieszkańcy nie przejawiają zbytniego zainteresowania przyjezdnymi, a jeśli już zapytać ich o drogę, są pomocni i przyjaźni aż do przesady. Iwona zagadnięta przez sprzedawczynię w kiosku, skąd przyjechała, została również zapytana czy nie bała się przyjechać do Dagestanu. Pani kioskarka była świadoma opinii jaką ma ten rejon Kaukazu w umysłach ludzi świata cywilizowanego, ale zapytana – czy jest się tu czego bać? – odpowiedziała, że nie ma.

Z Machaczkali wyjechaliśmy prosto w Kaukaz. Już od samego początku, tuż za Kaspijskiem, krajobraz obiecywał piękne widoki. Ta podróż jest niezwykle zróżnicowana. Przez dwa dni galopowaliśmy autostradami Ukrainy. Potem zwiedzaliśmy typową Rosję w Wołgogradzie. Potem był step z elementami pustyni, buddyjskie miasta, a zaraz potem plażowanie nad morzem. Teraz zaś piękne góry. Codziennie coś innego. Karty pamięci w aparatach już pełne.
W górach zaskoczył nas asfalt. Byłem przekonany, że jak tylko zjedziemy z głównej, która prowadzi do Azerbejdżanu i Iranu, asfalt zastąpi szuter. Ale Dagestan jest dość zaludnionym krajem i wygląda na bogaty. Na Syberii, czy północnej Rosji, dojazdy do takich wsi nie mają asfaltowych dróg, ani mostów na rzekach. Tutaj, w dagestańskim Kaukazie jest zupełna cywilizacja. Dojechaliśmy za Hebdę, dawne Sowietskoje, mając na liczniku niewiele kilometrów po szutrze. Ale za to komplet wspaniałych widoków gór. Zwykle, po latach podróży, każde góry przypominają mi inne, z innego rejonu świata. Ale te dagestańskie są jakieś nietypowe. Niby panuje we wioskach atmosfera jaką znamy z Turcji. Bogato, ale widać panujący Islam i oddalenie od wielkich miast, ale góry nie przypominają tych w Turcji, ani południowego Kaukazu w Gruzji czy Azerbejdżanie. Miejscami czułem się jak w Kirgizji, w Tien-Shanie, ale na dużo niższych wysokościach.

Zaskoczyło nas także przyjazne nastawienie mieszkańców. Nie patrzyli spode łba jak w Sulak, nie trzymali się z daleka. Zatrzymywali się, aby porozmawiać, zapytać skąd się tu wzięliśmy i czy nam czegoś nie potrzeba. Każdy chciał wykazać się pomocą, a twarze ludzi miały bardziej cywilizowany wygląd od tych w Azerbejdżanie czy Gruzji. Widzieliśmy trochę policji i wojska, ale rzadko nas zatrzymywano i jedynie po to, aby zadzierzgnąć znajomość oraz życzyć szczęśliwej drogi. Jak na razie Dagestan wygląda na raj, tylko czemu tu nie przyjeżdżają turyści?

Nocleg znaleźliśmy w szerokim kanionie szumiącej rzeki. Jest pełna od deszczowej wody spływającej z wysokich na ponad 2000m n.p.m. szczytów, które nas otaczają. Musieliśmy przedostać się przez kamienistą i karkołomną drogę, aby dotrzeć na polankę z krzakami, w których się ukryliśmy przed światem. Gościnność tubylców jedno, a środki bezpieczeństwa drugie.

Nic nam się w nocy nie stało i wcześnie rano ruszyliśmy dalej drogą przez góry, w kierunku miejscowości Bjeżta. Asfalt dość szybko się skończył i już przez cały dzień jechaliśmy dziurawym szutrem. Mimo mozolenia się z prędkością nie większą niż kilkanaście kilometrów na godzinę, nie było nudo. Góry wokół nas roztaczały przepiękne widoki. Sądzę, że dorównują, a może nawet przewyższają urodą Alpy Albańskie. Nie nudziło się nam nawet w drodze powrotnej. Nie spodziewaliśmy się przejechać pod granicę Czeczeni, przez góry. Mieliśmy trzy trasy wyznaczone ze starych map wojskowych, ale przerywaną kreską oznacza się w górach ścieżki dla osiołków, a nie dla samochodów. Próbowaliśmy w miejscowości Ratlub. Wjechaliśmy do wioski rozłożonej, jak wszystkie w tym regionie, na szczycie góry. Podobno wioski te miały charakter obronny i nie budowano ich w dolinach, ale na szczytach z powodów strategicznych. Kiedyś do tych wiosek nie wjeżdżały samochody, ale okupant rosyjski zbudował drogi i przywiózł pierwsze pojazdy kołowe.

Teraz każda niemal wioska ma drogę, most przez rzekę, albo tunel pod górą. Ciągle jesteśmy pod wrażeniem infrastruktury drogowej w dagestańskim Kaukazie. Tak dobrej nie spotykaliśmy w żadnych, biednych, górskich krainach. Nie możemy także nachwalić się gościnności Dagestańczyków. We wiosce Ratlub, w której zawrócenie samochodów na końcu drogi, było wyzwaniem zarówno dla samochodów jak i dla kierowców, mieszkańcy z początku nieufni, przyszli na mały, stromy placyk zaparkowany ZILami i Gazelami, aby zobaczyć tych dziwaków co tu przyjechali i posłuchać rozmowy jaką prowadziliśmy ze starszym wioski. Nie było mowy o wrogości, chociaż niewprawne oko mogło ocenić srogie twarze górali, jako nieprzyjazne. Ale jak cudnie rozświetlały je uśmiechy, kiedy tylko my do nich się uśmiechaliśmy życzliwie.
Wyjaśniono nam, że przez góry nie prowadzi żadna droga samochodowa. Są drogi dla piechurów i w czasach komunistycznych przyjeżdżali tutaj Niemcy, aby łazikować po Kaukazie z namiotami. Natomiast wojsko zbudowało nową drogę, dookoła wysokich szczytów i być może przepuszczą nas, przez strefę nadgraniczną, bez odpowiedniego pozwolenia. Nie przepuścili i już dwie godziny później wracaliśmy z powrotem na północ. W sumie droga do Bjeżty zajęła nam w jednym kierunku pięć godzin, tyle samo wracaliśmy. Żołnierze przyjęli nas równie uśmiechnięci jak mieszkańcy wiosek. Grzecznie i profesjonalnie zaproponowali, aby zaczekać przed szlabanem, zanim nie porozumieją się z komendantem jednostki wojskowej. Potem przeprosili nas za kłopot, ale przepisy jasno określają, że musimy mieć pozwolenie wydane przez jednostkę główną w Kaspijsku. Zaproponowali aby zawrócić na terenie za szlabanem, bo tam szerzej, a w górach wiadomo… wszędzie ciasno i stromo.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w sklepiku. Właściciel miał tylko podstawowe produkty, ale jak na Rosję przystało powinien mieć też podstawowe produkty alkoholowe… nie miał. Wiadomo… kraj islamski. Za to kupiliśmy kawę armeńską. Na odchodnym dał nam pełen wór cukierków, bo gość bez podarków odjeść nie może. My zrewanżowaliśmy się polskimi krówkami. Pod tymi posępnymi, srogimi minami muzułmańskich górali, kryją się zupełnie zaskakujące emocje. Potrzeba jedynie iskry, aby je wyzwolić. Tak samo wystarczy też jedna iskra, aby wykrzesać z ich serc waleczność i brawurową odwagę, kiedy trzeba walczyć o wolność, odrębność tych małych społeczności tak mocno skonsolidowanych wokół dziwacznych obyczajów, wszetecznej religii i potwierdzających swą odmienność tradycyjnymi rytuałami.

Na nocleg zatrzymaliśmy się tym razem na szczycie góry. Widoki wokół porównać można jedynie z obozami górołazów, w drodze na dachy świata. Zobaczyć Kaukaz dagestański z lotu ptaka, to nagroda za trudy podróży. Żałuję, że nie mogliśmy zrobić pętelki wokół wysokich szczytów. Wyznaczamy trasę pod przyszłe wyprawy komercyjne. Ale nawet jeśli trzeba będzie się cofać, to taki nocleg na szczycie jest tego wart. Trzeba jedynie być dobrze przygotowanym do złej pogody.
Wieczorem było zimno i wietrznie, ale rano słońce paliło z niebieskiego nieba. Wymarzone światło do robienia zdjęć, a dookoła panorama gór. Dalej nasza droga biegła po grani, a za wysokim na 72 metry wodospadem, zaczynał się płaskowyż i wioska Hunzah. Trafił się nam także kawałek asfaltu i stacje paliwowe. Rozpytywaliśmy o drogę do Czeczeni przez góry. Nikt jednak nam nie pomógł, nawet nie próbowaliśmy tłumaczyć, że my nie chcemy jechać główną drogą do Hasawjurt, ale właśnie tymi dziurawkami przez góry. Pojechaliśmy więc do Botlih i tam znaleźliśmy uczynnych ludzi, co opowiedzieli nam, jakie to drogi przemytników przez góry prowadzą. Jest ich kilka, my wybraliśmy tą łatwiejszą, która okazała się całkiem karkołomna. Trzeba było miejscami włączać redukowaną jedynkę, aby skrobać się stromo po kamieniach na szczyt, ponad 1900m n.p.m. Jeszcze przed Botlih krajobraz gór uległ zupełnej zmianie. Strome, skaliste szczyty i wąskie kanionie, ustąpiły miejsca łagodnie pofalowanym połoninom, chociaż równie wysokim, ponad 3000m n.p.m. Łagodne, trawiaste pejzaże już nie były tak ciekawe jak skaliste urwiska. Jedyny plus, że na połoniny można wjechać samochodem, prowadzi tam wiele dróg. Czasami trzeba się nieźle namęczyć aby przebrnąć błotne trawersy i zalesione hale, ale warto, bo z góry widok zapiera dech.

Właśnie oglądając takie widoki wjechaliśmy niepostrzeżenie do Czeczeni. Po drodze spotkaliśmy pasterzy koni, którzy pokazując palcem kolejne szczyty i łagodne wzniesienia, objaśnili dalszą drogę. Na mapach jej nie ma, a zdjęcia satelitarne tego regionu są kiepskiej jakości. Wreszcie na wieczór zjechaliśmy w lasy, niższe partie gór, kilkadziesiąt kilometrów przed Groznym. Policjanci na rogatkach cywilizacji spisali nas z paszportów i wskazali drogę na nocleg w górach. Nie udało się nam jednak tam wjechać. Zapytaliśmy o lepiej dostępne miejsce lokalnych pszczelarzy, którzy wywożą swoje ule terenowymi ciężarówkami w góry na wypas. Iwona dostała od nich słoik prawdziwego miodu i zaproszenie na jagnięcinę z ogniska. Zanocowaliśmy w kanionie szumiącej rzeki. Wodę bieżącą mieliśmy pod bokiem, a las dawał nam schronienie od wiatru i porannego słońca.

Ciągle zastanawiamy się nad bezpieczeństwem w górach Dagestanu i Czeczeni. Tyle przestróg słyszeliśmy od tych, którzy tu podróżowali przed nami. O wojsku co aresztuje za wjeżdżanie w zakazane strefy, o agresywnej młodzieży, o policjantach wyłudzających łapówki. Jak na razie nie spotkała nas żadna z tych plag, którymi nas straszono. Może opowiadanie o trudach podróży, wzmaga bohaterstwo podróżnika. Stąd tyle krwistych od niebezpiecznych przygód, podróżniczych opowieści.

Następnego ranka ruszyliśmy do Groznego, stolicy Czeczeni. Od razu zaczęła się cywilizacja. Pola uprawne, miasta, wioski, fabryki. Góry szybko się wypłaszczyły i znaleźliśmy się na równinie, położonej 170m n.p.m. Już zaczęliśmy się przyzwyczajać do gór, do ciszy, małej gęstości zaludnienia, pięknych widoków, czystych rzek i pachnącego powietrza. Na równinie, pośród domów, jest zupełnie inaczej. Nawet ludzie nie są już tak uśmiechnięci. Może nie są tak szczęśliwi, ale mają więcej pieniędzy. Coś zostawiliśmy za sobą, coś się skończyło. Chociaż przed nami Grozny i jeszcze góry Osetii Północnej, to jednak poczuliśmy że wracamy na zachód.

Grozny zaskoczył nas na całej linii. Nie sprawdzaliśmy przed wyjazdem jego zdjęć z internetu. Miał być tylko kolejną stolicą regionu do odwiedzenia. Ale dawne, zapyziale miasteczko, dzięki wojnie stało się nowoczesną metropolią. Cale centrum odbudowano od podstaw w stylu kiczowato-azjatyckim. Do złudzenia przypomina to Astanę – stolicę Kazachstanu. Takie miasto modelowe, według gustu nowobogackich Rosjan. Jeśli nie wiecie jaki to gust, to przyjedźcie do Groznego. Puste ulice, szerokie jak pod defilady, flankowane są nowoczesną architekturą nafaszerowaną złoceniami, mającą naśladować styl dawnej, kolonialnej Rosji. Partery zajmują butiki, a chodniki są puste. Na każdym skrzyżowaniu stoją policjanci albo żołnierze. A prawdziwe miasto, z mieszkańcami zepchnięto na północne obrzeża. Nie wiadomo kto siedzi w tych biurowcach, a budują kolejne wieżowce naśladujące bogactwo Bliskiego Wschodu. Moskwa chciała zatkać gębę butnym Czeczenom dobrobytem i materializmem. Moim zdaniem im się to udało. Na dodatek, czas gra na ich korzyść. Główna aleja w nowym mieście ma imię Putina. A jego podobizny wieńczą każde skrzyżowanie, łuki triumfalne i bramy wjazdowe do miasta. Miejsce dzieli z Kadyrowem – gubernatorem Czeczeni. Nie mam nic przeciwko Putinowi, bo uważam go za doskonałego władcę dla dzisiejszej Rosji, ale wizerunek jaki mu stworzyli w Groznym jest bardzo naciągany. Być może ktoś zadecydował, że właśnie taki się sprawdzi.

Grozny kipi bogactwem, jest stolicą fałszerzy dolara, rośnie na centrum wielkiego biznesu Kaukazu i ma nieograniczony kredyt w Moskwie. W ostatniej zimie jednak nie spadł tu śnieg. Kadyrow zafrasował się nad losem dzieci, które nie mogły poczuć prawdziwej istoty świąt. Zakupiono więc śnieg z gór i przywieziono ciężarówkami do miasta.
Z Groznego pojechaliśmy do Władykaukazu, do Osetii Północnej. Po drodze jednak spotkaliśmy żołnierza ze specnazu, którego chłopacy zabrali na stopa do Biesłana. On chcąc się zrewanżować, zaprowadził nas na cmentarz poległych dzieci, które zginęły w 2004, w ataku terrorystycznym na szkolę w Biesłanie. Potem odwiedziliśmy samą szkolę, a na koniec zajechaliśmy do niego do domu, gdzie poczęstunkom, obdarowywaniu nie było końca. Renat ma żonę z pochodzenia Niemkę. Jego teściowa jest potomkiem Niemców, którzy zostali tu po wojnie. W ten sposób geny na Kaukazie wymieszały się z germańskimi, a z tego mezaliansu powstał mały człowieczek o imieniu Timur, po wielkim, równie krwawym co ciekawym władcy z terenów dzisiejszego Uzbekistanu.

Osetia to już w pełni chrześcijański region. Władykaukaz w niczym nie odbiega od standardu miast rosyjskich. Stare centrum zaczęto odrestaurowywać, a na deptaku można poczuć zupełnie inną atmosferę niż w Groznym, czy Machaczkali. Jednak w mojej głowie ciągle siedzi Elista. Kraina buddystów najbardziej trafiła do mojej duszy. Przypomniałem sobie czasy, kiedy zwiedzałem na motocyklu indyjskie Himalaje. Tam też rejon buddyjski, z miastem Leh, dużo bardziej mi odpowiadał niż islamski Kargil i Kaszmir.

Z Władykaukazu pojechaliśmy w góry, pod Kazbeg (5033m n.p.m.). Znaleźliśmy nocleg nad szumiącą, górską rzeką, a w tle majaczyły strzeliste skały. Dobry koniec dnia.
Kolejny dzień zaczął się znowu słonecznie i znowu gorąco. Udało się nam znaleźć, dzięki pomocy sklepikarza z Koba, drogę przez góry do kanionu rzeki Fiagdon. Z przełęczy mieliśmy piękny widok na ośnieżony Kazbeg, a w kanionie widowiskowe przewężenie skalne, w które wdzierała się z hukiem woda rzeczki Fiagdon. Dalej postanowiliśmy pojechać do Dargaws, aby obejrzeć wieże grzebalne, przypominające swym kształtem ule. Ciągle leżą tam mumie oraz porozrzucane przez archeologów i plondrowaczy kości i czaszki. Tam też zatrzymał nas mroczny z wyglądu i nieśmiały z usposobienia pogranicznik. Okazało się, że naruszyliśmy strefę graniczną i czekają nas konsekwencje. Siedzieliśmy więc w samochodach czekając na te skutki naszego niefrasobliwego postępku. Po godzinie przyjechali urzędnicy w cywilu, którzy jeszcze bardziej nasrożyli się na nas, jakbyśmy chcieli przemycać broń dla Osetii Południowej. Nie było wyjścia musieliśmy pojechać za nimi z powrotem aż do Władykaukazu, czyli jakieś 50km po głównej drodze. Tam zajechaliśmy pod jakiś blok mieszkalny, na osiedlu, gdzie znajdował się urząd Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Naczelnik zapewnił nas, że nic wielkiego się nie stało, ale musi nas ukarać mandatem, najniższy to 200zl od osoby. Jedyne co dla nas mogą zrobić to przygotować jak najszybciej dziesiątki stron papierów, protokółów, kwestionariuszy oraz pobrać od nas odciski palców, tak abyśmy mogli jeszcze dziś wyjechać w dalszą drogę. Podpisaliśmy więc in blanco jakieś dokumenty i odcisnęliśmy cale dłonie w tuszu gaworząc z teraz już przemiłym pogranicznikiem, który bez żenady zdradzał szczegóły wszystkich zatrzymań zachodnich turystów, jakich przydybali w strefie przygranicznej. A my tylko chcieliśmy zwiedzić atrakcje opisane w przewodniku Pascala. Nie było tak źle. Zastępczyni pana naczelnika wyglądała jak hetera. Kobieta przy władzy. Borys skwitował, że gdybyśmy wpadli w jej ręce, to by nas do tjurmy pozamykała dla samego przykładu.

Po nocy na polu kukurydzy pojechaliśmy już główną w drogę powrotną. Atrakcję się skończyły, teraz tylko nawijanie kilometrów na asfalcie. Minęło nas kilka ekip off-roadowych z Polski. Widać Kaukaz stał się nagle modny, a może tylko do Gruzji na skróty jechali? Ale trafiła się nam też zła przygoda. Opiszę ją aby służyła innym za przykład, chociaż nie ma się czym chwalić. Złapali nas na numer z przewymiarowanym alkoholomierzem policjanci z województwa Stawropolskiego. Na terenie tego regionu policjantów przy drodze jest więcej niż drzew. Trudno ich wszystkich ominąć. Wzięli nas pojedynczo na przesłuchanie do radiowozu i chcieli wmówić, że niby mamy 0.15 promila alkoholu we krwi. Nie mogliśmy się ze sobą porozumiewać, więc dwóch z nas dało się nabrać na ten numer. Ja nie chwaląc się, zareagowałem rzucaniem mięsa i wrzaskiem, ale to ze strachu, więc mnie puścili. Podobnie Piotra. Ale Borys położył 400EUR, a Paweł 300USD. Potem dowiedzieliśmy się od polskich TIRowców, że to stary numer tutejszych policjantów, ale już dawno nie stosowany. Widać wyglądaliśmy na turystów, którzy przybyli w te rejony Rosji po raz pierwszy. Przekręty ze strony milicji/policji, zdarzyły się nam przez 8 lat tylko trzy razy, ale takiej bezczelności to jeszcze nie widzieliśmy.

No i tak nas Kaukaz pożegnał. Skończyła się wielka przygoda, może dla niektórych brawurowa, dla innych odważna, a dla nas normalna. Chłopaki wracają do Polski, a nam kierunek Mongolia trzeba obrać.

tekst i foto: Mariusz Reweda – kilometr.com

www.kilometr.com

https://www.facebook.com/pages/Kilometr-wakacje-z-pasj%C4%85-podr%C3%B3%C5%BCowania-mariusz-reweda-iwona-koz%C5%82owiec/119543201432533?fref=ts

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress